fbpx

O tym kierunku już rozmawialiśmy w jednym z podcastów „Trzy Cylindry” – tutaj – i trzeba przyznać, że obok niezwykle popularnego kierunku „restomod” to jedyne o czym we współczesnej motoryzacji jeszcze warto mówić.

Kiedy w 1990 roku trafiłem do redakcji tygodnika „Motor” pracował tam redaktor, który jeździł autami innymi niż wszyscy. Był też na swój sposób od wszystkich inny, co ładnie do siebie pasowało.

Niektórzy znają moją, przyznaję nieco chorobliwą, skłonność do nabywania kiepsko wyposażonych samochodów. BX Leader czy bazowe Y10 to tylko dwa z długiej listy niechlubnych przykładów. Ale nawet ja nie pokusiłbym się o zakup takiego Sunny.

Te diesle z Pewexu to był kiedyś absolutny szczyt motoryzacyjnych marzeń. Dostępne za dewizy lub bony PeKaO, te samochody spływały do Polski powolną falą i z czasem stały się nieodłącznym elementem samochodowego krajobrazu.

O ile prezentowana wcześniej Primera GT – tutaj – to wymarzony kandydat do codziennego szlifowania krawężników to błękitna Silvia Turbo już niekoniecznie. Co prawda w nazwie ma tonę więcej emocji, ale Silvia jest już panią w średnim wieku i szaleństwa jej nie w głowie.

Progowych oczywiście bo o żadnych innych tu nie może być mowy. Pomimo wszystkich zalet, japońskie auta mają dwie fundamentalne wady: korozja i wszechogarniająca nuda. Tutaj mamy widoki na jedną z nich.

Od mojego pierwszego spotkania z tym modelem minęło prawie 30 lat ale nie nic w naszych relacjach się nie zmieniło. Ja go ciągle pragnę a 300ZX pozostaje, coraz bardziej, poza moim zasięgiem.

Dzisiaj to się wydaje oczywiste, że po mocniejszym wciśnięciu przycisku opuszczania szyb, tafla szkła wędruje samoczynnie w dół, bez konieczności ciągłego trzymania tegoż przycisku. W tym Nissanie to działało nie tylko w dół, ale też do góry. I to było nieprawdopodobnie wręcz zjawiskowe.

Niewiele jest japońskich samochodów, które są w stanie mnie zainteresować. Sam miałem bodajże tylko jeden. Jeden, wśród wszystkich posiadanych dotąd samochodów. I jeszcze to była Toyota.

9/9