Odwaga, wizja, determinacja.
Rajd Pekin-Paryż.
Obfita galeria zdjęć pod tekstem 😉

Na Torze Rajdowym w Mikołajkach zameldowałem się tuż po 15.00 wiedząc, że do przyjazdu pierwszej załogi Rajdu Pekin-Paryż pozostało jeszcze dwie godziny. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałem się, że czołówka Rajdu przyspieszyła tempo.

Ledwo samochody asysty Rajdu zdążyły objechać tor i rozstawić punkty pomiaru czasu a już pierwsze załogi zameldowały gotowość do przejechania toru. Obszedłem go wcześniej i wielkie było moje zdziwienie, że ktoś w ogóle opisał go gdzieś jako kartingowy. Chyba na oponach od quada, bo na normalnych, żaden kart nie ma czego tam szukać.

Miałem o tym zresztą okazję porozmawiać z załogą wspaniale aluminiowego, zatem srebrnego, Bristola. Australijczycy pytali o warunki na torze, byli nastawieni na walkę bo w trakcie przejazdu z Litwy, stracili do swojego najbliższego rywala około trzech sekund. Uczciwie uprzedziłem, że nawierzchnia pozostawia sporo do życzenia. Kiedy opuszczali tor, podjechali przyznać rację. Sprzęt jednak ważniejszy niż kilka sekund.

Większość załóg, walczyła jednak zajadle. Głównie te w samochodach włoskich. Alfa Romeo Spider jeździła bokami. Giulia ryczała silnikiem, ale tylko do czasu, kiedy na starcie pojawiło się Ferrari Dino. Pracę wydechu, a następnie start tej ekipy, specjalnie dla was sfilmowałem. Cóż, wydech włoskiego klasyka to czysta poezja, a gdy za kierownicą siedzi taki zawodnik, jak Enrico Guggiari, to rzecz musi odbyć się spektakularnie.

Oczywiście, dla widza stęsknionego starego żelaza, najbardziej romantycznie prezentowały się przejazdy Bentleyów i innych starszych Anglików. Amerykańskie klasyki też świetnie wyglądały w akcji. Jak to skomentował potem jeden ze znajomych, miejsce tych aut jest w muzeum, nie na torze rajdowym czy w ogóle w takiej imprezie o zajadle sportowym charakterze. Cóż, właściciele tych 140 samochodów klasycznych, mają jednak odmienne zdanie.

Rajd Pekin-Paryż 2019 to trasa niemal 15 tysięcy kilometrów, pokonywana w miesiąc. Organizatorzy są zdania, że warunki drogowe, od ostatniej, rozgrywanej 9 lat temu, imprezy, zmieniły się na lepsze. Poza Mongolią, a zwłaszcza w Rosji, gdzie stan dróg poprawił się zasadniczo. Tym niemniej, to właśnie Mongolia była najbardziej uciążliwym, ale też najczęściej wspominanym w rozmowach, etapem. Mam nadzieję, że to nie są objawy syndromu sztokholmskiego.

A skoro o nim mowa, trudno doprawdy zrozumieć, skąd załogi biorą siłę i motywację do udziału. Poza oczywistym, dla każdego miłośnika motoryzacji, że pokonuje się malowniczą trasę w swoim klasycznym wozie. Powiedzieć sobie trzeba wprost, że udział w imprezie nie należy do tanich, a odbudowanie pojazdów, ze zniszczeń po drodze i napotkanych przeszkód, też pochłonie wydatki. Uczestników, za to wszystko, podziwiam.

Podziwiam ich jednak również za to, że w naprawdę spartańskich warunkach, w autach, których wiek nierzadko przekraczał lat 50, a w przypadku trójkołowca nawet więcej, zdecydowali się brać udział w tak spektakularnej wyprawie. Wielu z nich, wybrało Rajd z intencją zbierania funduszy na walkę z chorobami, walkę z własnymi słabościami czy, jak Renee Brinkerhoff w Porsche 356, na udowodnienie, że można porwać się na coś pozornie niemożliwego, i to zrealizować.

Wspaniała inicjatywa, dzielne załogi, wytrzymałe samochody. Świat, być może, znacznie się zmienił od 1907, kiedy to Rajd ruszył po raz pierwszy, spod francuskiej ambasady w Pekinie, ale nie ludzie, którzy nas otaczają. Zawsze znajdą się jednostki odważne i zapatrzone w swoją wizję, na dodatek gotowe zarażać nią pół świata. Trzymam za was kciuki, aż do mety w Paryżu, na którą wjadą, mam nadzieję, wszystkie startujące w Rajdzie Pekin-Paryż załogi.