fbpx

Zbieg okoliczności.

Zbieg okoliczności.

Zbieg okoliczności.

Nikt nie planował, jakoś specjalnie, uruchomienia produkcji samochodów w Polsce. To tak, po prostu, wyszło. Nie były one (samochody) nam wtedy, ich zdaniem, konieczne. Ale limuzyny, tak.

To właśnie dlatego, FSO rozpoczęło działalność od produkcji bardzo przestarzałej Warszawy aby przejść, potem, do nieco zwietrzałego Fiata 125p i zupełnie absurdalnego Poloneza. Cóż, takie skutki ma właśnie przypadkowa działalność. Co nie znaczy, że nie jesteśmy, z tej cząstki historii, dumni.

Całe legendy zbudowano u nas na tym, jak to wszystko odbywało się wbrew. Wbrew władzy, wbrew brakom surowców, wbrew reżimowym nadzorcom. Jak to mówią: „precz z preczem”. Niestety, takie podejście, nie mogło zaowocować industrialną potęgą, ani konstruktorskim geniuszem.

Co zresztą widać, dzisiaj, w polskich samochodach z tamtych czasów. Są marnie zbudowane, ze słabej jakości materiałów, z nieprzemyślanymi rozwiązaniami konstrukcyjnymi. Obiektywnie, należą do grupy tematów, o których nie ma, co mówić. A jednak, doczekały się muzeów i grona wielbicieli.

O ile, bowiem, wypada uznać wyższość innych, zagranicznych konstrukcji, nawet tych z tzw. bratniego obozu (patrzę tu, głównie, na Ładę), to trudno odmówić „naszym” FSO zasług i zmotoryzowania, wspólnie z Maluchem, kulejącego, w ograniczeniach systemowych, kraju.

10 listopada wybrałem się na rocznicowe spotkanie pod FSO, a zbieg okoliczności (znowu) wyrzucił mnie na miejsce parkingowe pod mostami Trasy Toruńskiej. Na miejsce spotkania Fiatów, Warszaw i Polonezów, dotarłem więc od strony byłej dyrekcji FSO. Pamiętam te budynki jeszcze z czasów świetności. Cóż, dzisiaj, nie imponują, ale też nie popadły w ruinę.

W miejsce dawnych gabinetów, powstały biura na wynajem oraz wyższa uczelnia o profilu, bodaj, biznesowym. Pięknie to koresponduje z kultowym, nie wiedzieć czemu, Koźmińskim, z drugiego końca dawnej Stalingradzkiej.

A skoro o tym, kogo ta Stalingradzka bolała? W części mieszkaniowej Pragi, ulica nazywała się, jak dzisiaj, Jagiellońska. Upamiętnienie bitwy pod dzisiejszym Wołgogradem, która stanowiła zwrotny punkt II wojny na wschodzie, nie wydaje się błahym powodem i Europa to rozumie.

Nie powiem, pobyt na takim spotkaniu jest, na swój sposób, poruszający. Poruszył mnie, na przykład, Daewoo Chairman, w rzeczywistości Mercedes W140 w interpretacji koreańskiego SsangYonga, od Mercedesa, pod wieloma względami, ciekawszy.

Wzruszył mnie burgundowy 125p z końca produkcji, które pamiętam jeszcze z czasów, gdy redakcja macierzystego „Motoru” próbowała dorabiać, oferując czytelnikom samochody z FSO, ale po skrupulatnym sprawdzeniu przez redaktorów, pod wodzą Jerzego Dyszego.

Najbardziej, ze wszystkich samochodów, podobał mi się Duży Fiat w kolorze dyni. Taki helloweenowy, można by rzec, samochód. To właśnie ten kolor, i data, wypadającego chwilę wcześniej, Święta Zmarłych, kazała z dystansem spojrzeć na tę całą motoryzację. 

Cóż tu powiedzieć, to wszystko było trochę jak święto zmarłych… samochodów. One bowiem jeszcze są ale, tak naprawdę, wcale ich już nie ma. Co gorsza, znikający los spotkał też inne, znacznie bardziej znane, niż FSO, marki. Cóż, czyżby zbieg okoliczności?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *