fbpx

Samochody za 75 milionów euro.

W weekend 11-12 maja, hale targowe w podwarszawskim Nadarzynie znowu pękały w szwach od samochodów. Nie napiszę, że klasycznych, bo różnorodność była spora. Było jednak na czym oko zawiesić.

Na wstępie powiem, że tegoroczna rozgrywka pomiędzy Auto Nostalgią (piękna nazwa, trochę tradycji) a Oldtimer Show (potężne możliwości, takież ceny biletów) wypada na korzyść tego drugiego. Określiłbym to nawet jako knock-out i realistycznie rzecz ujmując, nie jestem pewien czy w 2020 roku Nostalgia w ogóle się odbędzie.

Własne hale wystawiennicze to jednak co innego niż wynajmowana u kogoś za ciężki grosz powierzchnia, ale nie chodzi chyba tylko o same możliwości finansowe obu graczy. W tym roku szala oferty zdecydowanie przechyliła się na korzyść Ptaka. Nie oszukujmy się, samochodów było pewnie z 10 razy tyle co na Nostalgii a ostatecznie to właśnie dla nich człowiek udaje się na taką wystawę.

W Nadarzynie poszli też po rozum do głowy po zeszłorocznych wpadkach parkingowo-organizacyjnych. Co prawda rozwiązałbym to jeszcze inaczej i przed wejście wpuścił same klasyki, którymi ludzie przyjechali a nie wystawiali oficjalnie oraz wydzielił parking dla mediów, ale rozumiem, że takie cywilizacyjne sprawy dojrzewają powoli. Nostalgia zresztą też o tym nie myśli.

Na miejscu jednak, wrażenia są już sporo lepsze. Co prawda, nie na samym wejściu, gdzie znowu, jak na Nostalgii, nie uderz atmosfera spotkania entuzjastów, tylko jakaś wielka ściana z rysunkami a wozów w ogóle nie widać. Rozumiem, że chodzi o budowanie napięcia, ale wierzcie mi, nikt w wesołym miasteczku nie zasłania atrakcji. Wręcz przeciwnie, kusi się nimi by zachęcić do wejścia.

W tym roku na wystawie sporo było nie-Mercedesów. I nie-BMW. To absolutna nowość, po kilku latach bezwzględnej dominacji niemieckich marek. Z wielką siłą za to, uderzyli amatorzy AmCarów. Było ich naprawdę wiele, w tym wiele ciekawostek, jak Studebaker i Nash w oryginalnej, spatynowanej formie. Nie brakowało aut z silnikami big block, był też oryginalny radiowóz.

Na Oldtimer Show udało się uniknąć nadmiernego kartkowania za szybami. Większość aut była wyraźnie na sprzedaż, ale nie rzucało się w oczy, że ktoś tutaj próbuje desperacko upchać furę do kolejnego, szczęśliwego nabywcy. O niektórych pozycjach „na sprzedaż”, można się było dowiedzieć dopiero po wnikliwym dopytaniu. I dobrze.

Nie zabrakło jedzenia (Nostalgio, ucz się) i kawy więc była możliwość ochłonięcia z wrażeń i przerozmawiania potencjalnego zakupu. Były też dobrze zaopatrzone stoiska z modelikami i katalogami (sam dokupiłem dwa oryginalne foldery mojej Lancii Y10). Nie wydaje mi się, żeby umieszczenie sporego straganu z alkoholem było dobrym posunięciem.

Wracając do tytułu, Oldtimer Show to kolejna, w krajowym kalendarzu, okazja do spotkania aut, o których kiedyś, być może, słyszeliśmy i takich, które człowiek zobaczył po raz pierwszy. Do tego sporo ciekawostek, niewiele kiczu (tu pozdrawiam niektóre kluby entuzjastów, naprawdę pokazywanie się zaniedbanym czy wręcz brudnym sprzętem i bez pomysłu na prezentację to faux pas) i miejsce oraz okazje do spędzenia 3-4 godzin na podziwianiu obiektów naszych westchnień.

60 złotych za bilet dla dorosłego to oczywiście nie jest mało. Do tego budżet na niewielkie nawet zakupy czy kawę i jedzenie i okazuje się, że wpadając na Oldtimer Show niewielką rodziną, musimy liczyć się z wydatkiem około 300-500 złotych. Z drugiej strony, impreza odbywa się tylko raz do roku więc może warto trochę oszczędzić i cieszyć się nią na całego.