fbpx

Polski kierowca wyścigowy, ze wsparciem jednej z największych polskich firm, ląduje w elitarnym świecie Formuły 1 a wszystko, na co liczyć może polski klient rzeczonej wielkiej firmy to… zdrapka.

Z okolicznościową zdrapką Orlenu zetknąłem się dotąd dwukrotnie. Po raz pierwszy, zaraz po tym, jak ją zareklamowano, bo się o nią upomniałem. Wtedy ktoś zza kontuaru poinformował mnie, że aby wziąć w niej udział, należy kupić inne, niż wlałem, paliwo, do tego dobrać hot doga i napój. Skoro pierwszy warunek przepadł, to i na hot doga straciłem ochotę. Już wtedy wydało mi się to wszystko jakieś dziwne.

Kiedy sobie potem sprawę przeanalizowałem, doszedłem do wniosku, że Robert nie ma szczęścia do promotorów. Kiedy sponsorował go Lotos, zapytałem na stacji dlaczego stoi tylko wycięty z kartonu Kajto a o Kubicy ani słowa. Byli zdziwieni pytaniem i zgodnie twierdzili, że Lotos Kubicy nie sponsoruje. Ale to było parę lat temu, czasy się zmieniły. Tak przynajmniej myślałem.

I wtedy drugi raz wpadłem na zdrapkę. Wczoraj. Paliwa w ogóle nie brałem, nie było takiej potrzeby, za to poprosiłem o hot doga i napój… i jeszcze espresso. Pewnie ta kombinacja sprawiła, że jakimś cudem uzyskałem uprawnienia do zdrapki. Niestety, efekty widać na zdjęciu. Ale ja nie o tym.

Pomyślcie, największy koncern naftowy, w tej części świata, wkracza do świata najbardziej ekskluzywnego sportu i mówi nam o tym zdrapką. Ja pierniczę, dlaczego? Myślę, że było tak. Robert był u premiera, ten podjarał się wyścigami, zadzwonił do Orlenu, wcisnął „enter” na przelewie, w Williamsie przewrócili się z wrażenia – na ich stronie, po ogłoszeniu wejścia Orlenu, jeszcze przez kilka tygodni wisiało zdjęcie Roberta w czapce z logo Lotosu – a w Orlenie zapanował popłoch.

Nie wiem, może to kwestia kosztów, ale o ile by to było drożej, gdyby, jak w przypadku mistrzostw w piłce nożnej, na stacjach po prostu wyłożono naklejki np. „jadę z Robertem”, „Kubica – Orlen” czy cokolwiek w tym guście. Bez drapania, punktów czy tracenia czasu obsługi. Tak ot, po prostu.

Jest jeszcze jedno pytanie, czy na zdrapce cała kubicomania na Orlenie się skończy. Na razie, a mamy już niemal połowę sezonu F1, na to właśnie wygląda. Gdyby mieli coś nowego stworzyć, pewnie by to już było.

F1 to kopalnia marketingowych pomysłów. Świat supersamochodów, techniki, aerodynamiki, paliw, opon, czapek, hostess, torów wyścigowych. Normalnie, wielki świat. Jedno jest pewne, nie trzeba wykręcać super wyników, żeby przekuć związek z takim światem na wspaniały marketing na swoich stacjach benzynowych. Michael Schumacher, wielokrotny mistrz świata F1, potrafił z uśmiechem polecać ludziom Seicento. Koncerny, jak Agip, BP, Castrol, Shell, połowę dobrej marki zrobiły na F1.

Gdzie w tym jest Orlen? Gdzie tematyczne zdjęcia z bolidem i jego skrzydłem z wielkim logo firmy? Gdzie wycieczki na tory i wyścigi, zamiast tych samochodów do wygrania? Gdzie w końcu zapowiedź spotkania z mistrzem i przynajmniej jednego wydarzenia z udziałem Roberta i jego bolidu? Cholera, sam przy takim pracowałem za czasów Saubera, to naprawdę nie jest „rocket science”. Orlen nie dogadał się nawet z Rexoną (gigant perfumeryjny), żeby coś razem na stacjach poczynić.

Ktoś musi zrozumieć, że Formuła 1 to jak wycieczka do krainy wyobraźni. To niesamowite brzmienia silników, elitarny klub kierowców i miejsca na mapie świata, o których większość ludzi może tylko pomarzyć. To wreszcie polski kierowca, który w swojej dyscyplinie nie ustępuję kopiącemu piłkę nożną Lewemu. Jest się czym chwalić. Orlenie, po prostu usiądź mu na plecach i to w zupełności wystarczy.

Szkoda, że sezon przeminie, Robert pojeździ w ogonie, premier poczuje się oszukany a kierowcy na stacjach pojadą dalej. Szkoda, może drugiej szansy już nie będzie. Jednocześnie, na tym samym Orlenie, kupić można tony kiczowatych produktów pod hasłem „Jestem Polakiem”. To może sam Orlen jest po prostu taką tematyczną wiochą (nie wioską, nie mylić pojęć) i zwyczajnie nie dźwiga związku z Williamsem, jego historii, legendy startów w F1?

Tymczasem, zdrapka jak zdrapka. Pasuje to do Biedronki, Lidla czy Żabki. Co ciekawe, rzeczone sieci już w takie rzeczy nie wchodzą. Co innego Orlen, on idzie sprawdzonymi, acz nieco antycznymi metodami nakręcania wizerunku. Poradziłbym udział w wyścigach „wrakrace”. To by było bardziej w klimacie.

Marcin Suszczewski