Widok z okna - Przegazówka

Odbyłem wczoraj wycieczkę do jednej z bardziej zamożnych dzielnic stolicy. Po czym wiem, że taka ona jest? Otóż ma spójną architekturę, a raczej spójną jej wysokość bo przecież każdy developer za punkt honoru stawia sobie, żeby to jego było chociaż trochę inne od tego obok.


 Na szczęście te zachowania nie udzielają się mieszkańcom zamożnej dzielnicy. Wręcz przeciwnie. Można wręcz ulec złudzeniu, że monopol na wjazd w tamte rejony zapewnił sobie Mercedes klasy A w wersji AMG. Ciekawe to, bo auto ani specjalnie urodziwe, niekoniecznie funkcjonalne a na dodatek absurdalnie wręcz drogie, jak na to, co ma do zaproponowania.
Wiem, sam znaczek AMG już robi robotę a potem świadomość, że części do serwisowania twojego rywala Golfa (bo przecież i napęd jest w tym AMG na przednie koła, prawda?) pochodzą z pudełek ostemplowanych w niemieckiej wiosce Affalterbach a nie jakimś tam przemysłowym Stuttgarcie. Przy okazji, śmiesznostka, w tym samym mieście odbywa się montaż Porsche, ale tu z kolei pada tylko nazwa dzielnicy Sindelfingen. Jak by to czyniło lokalizację lepszą. Byłem, widziałem, nie dostrzegłem nic nadzwyczajnego.
No dobra, więc krążą te AMG po ulicach zamożnej dzielnicy ale po co ja tu w ogóle o tym. A widzicie, jest powód, zwą go „przegazówką”. Cofnijmy się nieco w czasie, do lat kiedy w ogóle przegazówka była potrzebna dla płynnego wrzucenia kolejnego lub niższego biegu czyli pewnie ze czterdzieści lat temu. Może trzydzieści zresztą też. Wtedy ktoś, kto umiał takie coś uskutecznić w swoim Escorcie czy innym Capri, to był mistrz. Czuło się fachowca, można było spytać jak tam ostatni „track day” mu poszedł.
Wtedy bowiem, przegazówka była analogowa. Wykonywało się ją stopą, nawet nie nogą. Po prostu przed zapięciem biegu, lekki strzał w pedał gazu, żeby wszystko miękko wylądowało. Nie tyle dla efektu, co dla zdrowia skrzyni i sprzęgła (a trzeba pamiętać, że w tamtych czasach, te komponenty wykonywano z wytrzymałych materiałów, ale jednak ulegały zużyciu szybciej niż dzisiaj, zwłaszcza w rękach co bardziej zaangażowanych woźniców).
Dzisiaj rola tej operacji, od czasów kiedy Nissan zelektronizował proces w jednym ze sportowych modeli sprzed bodaj dekady, została sprowadzona do komputerowego tricku, który sprawia, że z rury wydechowej dobywa się efektowne pierdnięcie. Biegi zapinają się same – automat – więc o jakichkolwiek dodatkowych ruchach stopą można zapomnieć. Natomiast praca skrzyni niewiele na wszystkim korzysta gdyż cyfrowa przegazówka towarzyszy dzisiaj skrzyniom dwusprzęgłowym, a im ten proces jest potrzebny jak świni ponton.
Fajnie to brzmi i w ogóle, ale jest jedna smutna refleksja. Już wcześniej zauważyłem, że w dawnych czasach, przegazówkę wywoływała stopa kierowcy. Stopa, jak stopa, każda inna i inaczej pracuje. Inny refleks, inne ścięgna. To wszystko wyleczyły komputery. W ich wydaniu, każda taka operacja jest dopracowana w najmniejszym szczególe i super precyzyjna. Dodatkowo, towarzyszy ona, przynajmniej w tych A klasach AMG, każdej – czytajcie uważnie – każdej jednej zmianie biegu. To nie jest już tak, że robię to wtedy, kiedy mam na to ochotę. Komputer robi to za mnie, ale on przecież nie wie, kiedy jestem w nastroju do takich zachowań a kiedy wolałbym spokojnie przemieścić się po zamożnej dzielnicy, bez nadmiernego zwracania na siebie uwagi.
Skutek jest taki, że kiedy na światłach stoją np. trzy czy cztery takie A klasy, to po zmianie na zielone, zachowują się wszystkie dokładnie w taki sam sposób. I to już jest mega słabe. Rozumiem bowiem, że zakup wersji AMG służył jakiemuś wyróżnieniu się na tle tłuszczy pozostałych egzemplarzy, w wersji L czy GL. Zresztą wersji wyposażenia już się chyba dzisiaj w ogóle nie oznacza.
 

Marcin Suszczewski