fbpx

Pół miliona później.

Pół miliona później.

Podliczyłem niedawno trzydzieści lat swojego zmotoryzowania i wyszło, że w tym okresie spotykałem się na jakiś czas, nie zawsze bardzo długi, z około czterdziestoma samochodami. Nie wiem jak by to o mnie świadczyło gdyby to nie były samochody, ale doświadczenie pozwala wyciągnąć wnioski.

Daleko mi do wiernych swoim czterem kółkom właścicieli, którzy auto wyprowadzają z salonu i żegnają potem po latach kiedy laweta zabiera pacjenta na złom. Jest mi z tym zarazem dobrze i źle bo takie postawy mi imponują a jednocześnie nie byłoby mnie na taką stać.

Rozwieję od razu wątpliwości, że te wszystkie auta nabyłem w salonie sprzedaży. Owszem, zdarzyły się takowe, ale doświadczeń z nowymi autami mam niewiele a i te niekoniecznie zaliczyłbym do udanych. W salonie hołubią cię zanim nie podpiszesz zamówienie, a potem… jak zwykle. Wygląda to nieco groteskowo, na etapie rozmowy wstępnej sprzedawca często obiecuje gruszki na wierzbie zaś po dopięciu transakcji przestaje odbierać telefon a na wzmiankę o obiecanych dywanikach wybałusza śmiesznie oczy.

Nie lepiej sytuacja ma się u pośredników z drugiej (lub kolejnej) ręki. Co bardziej umęczeni życiem nie mają siły nawet wstać do rozmowy i oferują pojazd z pozycji maharadży. Inni, rzutcy i dynamiczni, najchętniej pomogliby wypchać furę za bramę, gdzie człowiek jest już sam ze swoim nowo nabytym cackiem.

Jeszcze inaczej kupuje się od właścicieli. O ile komisant często myśli w sposób racjonalny i wie, że kilkunastoletni Fiat może mieć problemy z korozją, to wiekowy staruszek, który Fiata nabył w salonie w ogóle takiej ewentualności nie dopuszcza. Prywatni sprzedający mają o swoim samochodzie tak wybujałe mniemanie, że koniec końców wolę popękać ze śmiechu podczas negocjacji z komisantem, niż wysłuchiwać rzewnych pieśni o tym jakie udane wakacje w domku Brda zaliczył przed dwudziestu laty sprzedający.

Podliczenie litanii samochodów stanowiło dość osobliwą lekcję ekonomii. O ile bowiem przyjąć, że do każdego „używańca” należało w niedługim czasie dołożyć średnio drugie tyle, co kwota zakupu, to… Przyjmijmy, że za każdy z samochodów zapłaciłem średnio 10 tysięcy złotych i niech to będzie tylko na potrzeby rachunkowe, bo przecież wiadomo, że było to często sporo więcej. Po dołożeniu tylko drugiego tyle do każdego z nich wyliczyłem, że przez ostatnie 30 lat wydałem na swoje samochody… 800 000 złotych.

Nie, to nie żart, realnie kosztowały one w okolicach miliona złotych a wydawało mi się, że milionerem nigdy nie będę. I zgadza się, nie będę, ale jak by tak policzyć, to przez lata nim byłem. Robi wrażenie prawda? Oczywiście wydatki nie wliczają kosztów paliwa, ale też nie biorę pod uwagę, że za każdy z samochodów odebrałem potem jakąś kwotę. Realnie, niech to więc będzie pół miliona. I tak sporo, na zakup porządnego Mercedesa przed trzydziestu laty by starczyło.

Zadziwia mnie ta konstatacja i nie umiem odpowiedzieć na pytanie czy gdyby mi te ponad ćwierć wieku temu zaproponowano takie rozwiązanie ze stałym, ratalnym, obciążeniem to bym je rozważał. Jest to na pewno kuszące, bo wtedy w Mercedesie kończyli produkcję W124. Przy tym budżenie, kto wie, być może nawet starczyłoby na bardzo dobrze wyposażoną E320, której wartość dzisiaj wciąż wynosi około 50 tysięcy złotych. O ile bym o nią dbał.

Tak się jednak nie stało i poszedłem przez życie zygzakiem. Nie wiedziałem, że można prościej, ale też nikt mi takiego rozwiązania nie zaproponował. Co nie znaczy, że żałuję. Przez lata nazbierałem nieco doświadczenia z różnymi markami. Największą atencją darzyłem Citroeny, których miałem ponad dziesiątkę. Były też Fiaty, Saaby i Land Rovery a także Peugeot, Volvo, Mercedesy i Renault, których miałem więcej niż po jednym. Pojedynczo spotykałem się z paniami Chevrolet, Pontiac, Opel, Ford, Toyota, Alfa Romeo i Autobianchi.

Czy dzisiaj zamieniłbym tę różnorodność za jedną porządną W124 ze świetnym silnikiem i wciąż smaczną wartością rynkową? Dobre pytanie. Po tych wszystkich latach umiem cieszyć się każdym samochodem, nawet takim za niedużą kwotę, o ile jednak ma w sobie to coś, co sprawia, że można na nim zawiesić oko lub przynajmniej porozmawiać o oryginalnych rozwiązaniach technicznych.

Tych aspektów miałbym pod dostatkiem w moim W124 za pół miliona. Nadwozie tego modelu do dzisiaj uchodzi za świetny przykład pomysłowego i inżynierskiego projektowania, tak typowego dla końcówki lat 80. Technika pod maską i luksus w kabinie szły w tym modelu pod rękę więc i w tym względzie nie miałbym najmniejszego powodu do kompleksów.

W124 nauczyłoby mnie pewnie tej samej pokory, co trzydzieści lat intensywnego randkowania z innymi markami i modelami. Natomiast nie miałbym nigdy poczucia niespełnienia wynikającego z niedostatku koni pod maską czy przestrzeni w kabinie. Te wszystkie lata nauczyły mnie szacunku do samochodów. Nie tylko w obsłudze, ale też w eksploatacji. Wiem, że należycie traktowany samochód potrafi się za takie podejście odwdzięczyć.

Większość moich samochodów miała z pewnością duszę, podobnie jak W124 za ówczesne pół miliona na początku lat 90. Z każdym dało się porozmawiać, zarówno w trasie jak i na postoju. Były tez takie, które rozumiały, że portfel chwilowo świeci pustkami i nie da się pojechać do serwisu więc wstrzymywały się z awariami. Oszczędność czasu spędzonego na obsłudze i wyszukiwaniu części to aspekt, którego nawet nie wypada poruszać. Mercedes do dzisiaj zapewnia pełną obsługę w części zamienne, nawet do „mojego” E320.

Milionerski wywód zilustrowałem jednym ze swoich Saabów, kultowym Krokodylem z silnikiem 2.o na wtrysku, szyberdachem i automatycznym ogrzewaniem przednich foteli. Gołym okiem widać, że nie szczędziłem w nim na stylowych dodatkach. Był to jeden z moich ukochanych samochodów. Do czasu jednak, bo pewnego dnia, w warszawskim korku, zdałem sobie sprawę, że skrzynia biegów Saaba długo nie wytrzyma takich codziennych start-stopów. Samochód sprzedałem by dojeżdżać czymś bardziej współczesnym.

Aktualnie, pod domem czeka na mnie 23 letni Fiat i spełnia swoją codzienną rolę doskonale, ale czy lepiej niż 30 letnie W124? Trudno powiedzieć. Nie przesądzam czy warto być niewiernym czy lepiej trzymać się jednego partnera. Koszty obu ścieżek są podobne, ale w wierności na pewno zyskuje się mnóstwo czasu i spokój. Cóż, skoro jadąc zygzakiem dostępujesz niezapomnianych wrażeń i zbierasz bogactwo doświadczeń, którymi potem możesz dzielić się z innymi. Jak ja z wami.

Marcin Suszczewski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *